Dowiedziałem się o tym jakieś dziesięć dni temu.
Cześć. Mam lat 36. Praktycznie dorosły chłop już. Ale czuję się wciąż jak dwudziestolatek. Bagaż życia mam za sobą jednak jak każdy trzydziesto-kilku-latek. Spory. Sporo za duży. I uczucie niewykorzystanego życia.
Wychowałem się w rodzinie normalnej. Moim zdaniem. Tyle że gdy miałem okazję zobaczyć inne rodziny, to okazało się, że to wcale taka normalna rodzina nie była. Może po prostu przeciętna, gdzie rodzicami byli robotnicy fizyczni, nie interesujący się w ogóle, jak działa psychika człowieka. Ba, to ma w ogóle jakoś działać? To się nie dzieje samo?...
Ale tak jest w wielu rodzinach. Co było w tej szczególnego, że tak wpłynęło to na mnie? Nie wiem. Jeszcze. A może wiem, ale jeszcze nie czas o tym mówić.
Na informację o niestabilności emocjonalnej typu granicznego (borderline) - jako o schorzeniu psychiczno-emocjonalnym - trafiłem jakoś tak. Przypadkiem lub nie - już i tak nie pamiętam. Wiem, że przeczytałem jeden artykuł i aż mi się jasno przed oczami zrobiło. Eureka! Potem czytałem więcej - wikipedia, parę forów... To wszystko, co zdążyłem zrobić przez te 10 dni. Ale sądzę, że będzie tego więcej. Liczę na to. Liczę na to, że dzięki temu jakoś to rozgryzę i obrócę na swoją korzyść. Z pomocą Boga. Bo jak dotąd - to On dawał mi motywację do działania w różnych dziedzinach. I być może to właśnie dzięki Niemu schorzenie to w moim przypadku nie jest aż tak bardzo wybujałe. Tylko że za sobą mam ciężką pracę nad własnym poczuciem wartości... I wieloma innymi rzeczami. I to, że piszę, że to dzięki Niemu, to nie jest takie ot sobie, wyssane z palca, albo że tak wypada, ale jest to fakt. Zamierzam pisać o tym później, stopniowo.
Na razie trafiłem na pewną książkę o kobiecie, która to miała, zwalczyła (z pomocą terapeuty), a potem opisała w książce. Znalazłem kilka rozdziałów w pdf-ie i przeczytałem je wszystkie, sądząc, że jest to cała książka. Ale nie... Czekam więc, aż kurier przyniesie mi wersję papierową, po czym będę czytał dalej. Całkiem możliwe, że stanie się to moim elementarzem.
Jak wtedy. Dawno temu. Gdy byłem dziewiętnastolatkiem. To długa historia. W każdym był to czas, gdy - sponiewierany przez własne poczucie własnej wartości na poziomie oczu mrówki, i pod wpływem również paru innych wydarzeń - postanowiłem to zmienić. Dorwałem wówczas książkę "Jak być przyjacielem i żyć wśród przyjaciół". A nie, nie dorwałem - to był prezent! Urodzinowy prezent! Z piękną dedykacją...
Tak czy siak to właśnie wtedy nastał czas, gdy czytałem książkę dojeżdżając do pracy (35-50 min. w jedną stronę pociągiem), a wracając czytałem dalej, analizowałem to, co zdarzyło się tego dnia, moje reakcje, wydarzenia, myśli, emocje, a potem porównywałem z moim Elementarzem. I widziałem rozbieżności. I kuliłem się w sobie ze wstydu, bo nie tak chciałem, żeby było... Wyobrażałem więc sobie sytuacje takie, jakimi chciałem je widzieć, z moimi reakcjami takimi, jakimi mieć je chciałem. I tak w kółko. Mogłem zawalić dany typ sytuacji dwa, trzy razy, ale za kolejnym już reagowałem "po nowemu", tak, jak chciałem reagować.
Prawie rok później byłem już gwiazdą imprezy. Zupełnie inny sposób myślenia zrobił ze mnie zupełnie innego człowieka.
Teraz gwiazdą imprezy nie potrzebuję być. Ale jeśli ta książka nadawałaby się na taki elementarz - a z pierwszych rozdziałów na to wygląda - to może sytuacja znowu się powtórzy. Tyle że sięgając głębiej...